czwartek, 16 lipca 2009

zapomnienie

to jedyne, czego pragnę.

poniedziałek, 6 lipca 2009

stacja wierzbno

Było wczesne popołudnie, oślepiające, kwietniowe słońce lało się na bruk, zziębnięte chodniki grzały swe grzbiety jak koty. Byłem już po zajęciach i szedłem raźno, rozmyślając co, gdzie i za ile zjeść. Nie znałem w okolicy żadnego sensownego miejsca, za to tuż obok ziało zejście do metra. Wystarczyło wsiąść i podjechać choćby jeden przystanek.

Pokonałem pierwsze schody, drzwi i bramki biletowe. Zbiegając w dół obrzuciłem peron szybkim spojrzeniem. Kierunki - Kabaty, Młociny, sporo ludzi na platformie stacji, coś zaraz pewnie nadjedzie, tak!, właśnie wjeżdżało. Wsiadłem wypełniony satysfakcją, która towarzyszy mi zawsze, kiedy nie tracę czasu na oczekiwanie. Pomknęliśmy czarnym tunelem.
Wjazd na stację - Wierzbno. Wierzbno? Chciałem w drugą stronę ... Co za gapa ze mnie. Wysiadam, mijając jakichś angielskojęzycznych. Wolnym krokiem zmierzam niby to do wyjścia; jak tamto odjedzie, to sobie usiądę i poczekam na pociąg w przeciwnym kierunku - po co ma ktoś wiedzieć, że się pomyliłem?
Siadam. No to teraz mam dwie stacje do przejechania. Patrzę na ekran - minuta pięćdziesiąt ..., minuta czterdzieści ... poprawiam plecak na kolanach ... nasłuchuję ... WJAZD! Już wjazd!? Przed chwilą że minuta, ale cóż, minuta to tylko parę sekund.
Tunel wypluwa wagony. Znowu wsiadam. Zaraz pierwsza stacja, potok ludzi wlewa się, wylewa; byle na nich nie patrzeć. No, teraz moja. Metro zwalnia, wtaczamy się na peron. Dziarsko wysiadam, praktycznie nikt inny ze mną. Tabliczka z nazwą stacji - Wierzbno. Rozglądam się oniemiały. Jak..., jak ..., przecież ja tu właśnie z Wierzbna, a tu Wierzbno!?
Przez krótką chwilę kręcę się w kółko, ale szybko przywołuję się do porządku. Ludzie patrzą ... spokojnie ... przecież to jakieś nieporozumienie ... zaraz wszystko się wyjaśni.
Udaję przed samym sobą, że wszystko gra. A co to, na Wierzbnie nigdy nie byłem, czy jak?

Pilnując ile sił, by rodzący się w głowie chaos nie odbijał się na twarzy, wsiadam w pierwszy pociąg w przeciwną stronę. Zajmuję miejsce, z trudem powstrzymując się przed nerwowym zerkaniem na wszystkie strony. Kątem oka pochwycam smutne spojrzenie psa rozpłaszczonego na podłodze.

Czuję, że pęd wagonów słabnie - zaraz dowiem się, gdzie właściwie jestem i może dojdę jakoś spokojnie do tego, w jaki sposób wszystko pomieszałem. Czasem jak się człowiek zapętli, to aż nie do wiary ...

Wjeżdża peron. Kałuże bladego, sztucznego światła lśnią na gładkiej posadzce. Podnoszę się, spoglądając znad okularów. Pierwsza tabliczka z nazwą stacji przelatuje zbyt szybko. Nie patrząc bezpośrednio przez szkła widzę tylko niebiesko - białą plamę. Poprawiam okulary. Stajemy.

Teraz widzę już doskonale. Dotarłszy w okolice drzwi zastygam niezdolny do kolejnego kroku. Ktoś przepycha się koło mnie, prychając ze złością. Stoję, póki sygnał nie obwieszcza odjazdu. Przerażony wzrok wpija się w niknące, białe litery: Wierzbno.

Nieprzytomnie osuwam się na miejsce, z którego wstałem. Zamykam oczy i odchylam głowę. Gdy pociąg zwalnia po raz kolejny i kolejny, nie muszę patrzeć, żeby wiedzieć gdzie jesteśmy. W szumie pędzących wagonów słyszę głos wsączający się w moje myśli: Nie wysiadaj, jedź dalej - przed tobą mrok ...

czwartek, 25 czerwca 2009

spotkanie

Jak zwykle czekasz na dnie upadku. Z początku trudno Cię rozpoznać, jakoś inaczej zapamiętałem Cię z obrazków, które rozdawała siostra Danuta na pierwszych katechezach. Bez flagi w ręku i aureoli, bez słodziutkiego baranka i amerykańskiego uśmiechu. Stoisz zwyczajnie z rękami w kieszeniach. A co - pytasz, wzruszając ramionami - myślałeś, że nigdy nie siedziałem na sedesie, nie miałem porannego wzwodu, nie patrzyłem na kobiety? Jak inaczej mógłbyś we mnie uwierzyć?
Chwilę milczymy, ja tak trochę z boku, nieco obrażony. W końcu macham ręką. Znów odchodzimy razem w kierunku światła.

środa, 24 czerwca 2009

szara wiara

zakpiłaś ze mnie wiaro
starczyło cię ledwo by zastygać
w pozach marmurowych mówców
by prężyć się z dumą na starcie
zawiodłaś w biegu

piątek, 19 czerwca 2009

kakangelia

Brnę w mroku. Jest ciepło i duszno. Jest cicho. Przyszedłem złożyć tu żałosne szczątki nikłych wysiłków, które spełzają na niczem. Spazmatycznych drgań dobrowoli. Każdy, który dopuszcza się nieprawości, nienawidzi światła i nie zbliża się doń, by nie potępiono jego uczynków. A mrok uosabia to, co możemy powiedzić o Bogu. Nieznany, niewidzialny, nieodgadniony. Zanurzam się głębiej i głębiej. Mrok uspokaja, otula, oddziela. Czuję jak pulsuje Twoimi nie-słowami, jak wlewa się w żyły, opływa serce, zabiera myśli. Gdy patrzysz na nas z drugiej strony ciemności, sam będąc ciemnością, czy człowiek też zdaje Ci się mrokiem?

sobota, 6 czerwca 2009

zmierzch

O zmierzchu
Samotność staje się ciałem
Tęsknota otula z czułością kochanki
Wiesz, że musisz iść
Zanurzyć się w barwną melancholię neonów
Poczuć ciernie przypadkowych spojrzeń
Stracić imię
Na chwilę przestać istnieć.

wtorek, 2 czerwca 2009

umieranie: ćwiczenia wstępne

W niedzielę usłyszałem w konfesjonale słowo, które wypełniło mnie chłodem. Nie od razu pojąłem jego tępą grozę, zbyt przejęty wyznawaniem mojego słodkiego nieszczęścia. Lecz potem dotarło do mnie aż nadto wyraźnie: obumieranie, tak, powiedział: 'obumieranie'.
A więc dotarłem już niepostrzeżenie, czy też raczej świadomie tego nie dostrzegając, do punktu, w którym mam już tylko dwa wyjścia: upaść lub powstać. W tej dziwnej pozie, w której zastygłem, którą przybrałem, by mamić samego siebie i innych, już dłużej nie wytrzymam. A jeśli jakimś cudem ją utrzymam ani nie powstając, ani nie upadając, stanę się w końcu jak stare, powykręcane drzewo, martwe i bezlistne. A bardziej jeszcze prawdopodobne, że znaczenie wcześniej upadnę. To tylko jeden krok.
Niby wszystko jasne. Ale nieszczęście jest naprawdę słodkie, tak słodkie, że na myśl o wykorzenieniu go wzbiera ślepy bunt, rodzi się krzyk, wycie skłębionej masy emocji, instynktów i uczuć. Wszystko drga, miota się, rwie się w pierwotnym porywie do życia, które nie zna żadnych praw, żadnych zasad, które jest jednym dzikim tchnieniem. A tu nagle trzeba umrzeć. Nie opanować się, nie uspokoić, tylko zwyczajnie umrzeć.
Rozglądam się dokoła w niemym zdziwieniu. To wszystko z Ciebie, dla Ciebie, przez Ciebie, a teraz moje serce ma obumrzeć. Tak jak musi to uczynić Twoje, jeśli nie chcemy już się dręczyć.
Możesz mnie pytać dlaczego, i że jak to właściwie wszystko się stało, i czy nie mogłem zupełnie inaczej. Ale ja sam tego nie rozumiem. Nie ma jednoznacznej odpowiedzi.
Pozwolić miłości w rozkwicie obumrzeć. Może to właśnie jest prawdziwy dowód tejże miłości. I On umarł z miłości, żebyśmy mogli żyć.