Pokazywanie postów oznaczonych etykietą głos rozumu. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą głos rozumu. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 25 listopada 2010

ucieczka samotnika

"I oto jest życie bogów i bogom podobnych, szczęśliwych ludzi: wyzwolenie od wszystkiego, co tutaj, życie nie znajdujące upodobania w tym, co tutaj - ucieczka samotnika do Samotnika."
mimo całej fascynacji tym zdaniem, chyba przestałem już w nie wierzyć.
przecież Samotnik od dawna jest tutaj.
i tu też jest miejsce wszystkich innych samotników.
życie, pochłoń mnie.

sobota, 17 kwietnia 2010

chaos ex ordine

znaczną część młodości strawiłem na samodoskonaleniu. brak uznania dla własnej słabości, tylko naiwna wiara, że któreś powtórzenie, któreś wyrzeczenie, któraś próba sprawi, ze osiagnę TO, ze przestanę byc słabym sobą. przekonanie mordercze w skutkach. zacisnąć zęby i przeć do przodu. życie psychiczne? uczucia? bohaterowie nie płaczą, nie czują. wolność to uświadomiona konieczność.
mozolnie wznoszony gmach dawno już runął mi na głowę. nie ma samozbawienia, nie łudźcie się. człowiek nie jest w stanie kontrolować nawet własnych myśli. w każdej godzinie w mojej głowie rodzą się idee wzniosłe i myśli zdrajcy, w każdej minucie obrazy piękne i zepsute. zostaje więc gorycz porazki, którą Oskarżyciel wyzyskuje bezbłędnie. uderza mnie precyzyjnie, prosto w piętę. nawet jeśli rozum w końcu zwycięża z burzą emocji wzbudzonych przez jego oskarzenia, zaiste jest to pyrrusowe zwycięstwo. kompletnie wyczerpany osuwam sie na dno odrętwienia. niepomny na nic przegrywam swoje życie. wszystko jest szare i smutne.
teraz coraz więcej z tego rozumiem. cóż z tego.

piątek, 8 stycznia 2010

podróż sentymentalna

Pociąg od początku spóźniony, czterdzieści minut dłużej w labiryncie schorowanych trzewi centralniaka. W końcu jest, wtacza się, przedział pusty. Zaraz potem wschodni. Koniec samotności – zgrabna blond paniusia spod znaku manieczek, mały chłopczyk i niewiele większa dziewczynka z pretensjonalną fryzurą starej ciotki. Z głośnika jej telefonu wycie radia eska. Jest też mały, wyfiokowany piesek. Wychodzę z przedziału.
Stoimy. Stoimy. Dlaczego tak długo tu stoimy? W końcu jazda; wracam, uprzejmie uciszam eskę, nakazując odbiór słuchawkowy.
Jedziemy. „Trochę wina, trochę wódki i od tego jest malutki.” – wylicza dziewczynka. Czyżby jakieś przeczucie problemów życia dorosłego?
Za oknem przesuwa się szary, brudny pejzaż. Klatka po klatce, błysk po błysku, zachmurzony pas nieba i smutne parabole ptaków. Pomiechówek. Dwoje dzieci naprzeciwko gra w pomidora, w łapki, za oknem stos koksu. „Moja przyrodnia siostra jest z toffi”.
Refleksja. Tu nie ma jak przed nią uciec. Oddalić wątpliwości, nawet paplanie dzieci nie jest wystarczająco rozpraszające. „– Ciocia, powiedz słońce… – Słońce – Masz cycki gorące! – Ooooch, Ola, to żeś ciocię zażyła … ”. Czy było w tym ‘oooch’ trochę zażenowania? Chyba trochę było. Ale zdaje się, że niewiele. Zresztą ‘ciocia’ młodziutka, może i z trzydziestu lat nie mieć, więc całkiem niewykluczone, że cycki w istocie ma gorące i jest z tego dumna.
Ale do rzeczy. Kolejne obrazy, kruszące się perony, które mijamy leniwie, bez zatrzymania. Stosy podkładów, szyn, płyt, jakichś walców. Nasielsk. Od tego momentu powinno być szybciej. Przynajmniej tak było przedtem. Faktycznie teraz szybciej. Ciągle tory, rozjazdy, dziwne maszyny, budynki, walące się budynki, szkielety budynków, ślady po zrujnowanych budynkach.
I wciąż ucieczka. Przecież miała być konfrontacja z myślą, nie z pejzażem. Wraca pytanie sprzed pół godziny. Kto jest w twoim życiu najważniejszy? Jaka osoba? Mogę się wykręcać, patrzeć przez okno, słuchać dzieci, udawać, że robię, że wklepuję do komputera coś niezwykle ważnego, ale odpowiedź zdaje się prosta: Ja, wszystko dla mnie, wszystko przeze mnie, istny omfalos.
Trzy zasady: wszystko kontrolować, dbać o perfekcję zewnętrznego pancerza, nie czuć tego, czego się nie chce. Patrzeć na wszystko tak jak teraz – zza szyby, z bezpiecznego dystansu, bez konfrontacji. Możesz być niezwyciężony, jeśli nie staniesz do żadnej walki. Możesz nie cierpieć, jeśli nie pozwolisz drgać sercu, jeśli odnajdziesz wewnętrzną twierdzę i zatrzaśniesz bramy.
Stworzyłem się na nowo. Człowiek jałowy. Dołączyłem do wydrążonych ludzi. Zapadłem w pusty sen, zrzekłem się życia. Cóż za wielkoduszna abdykacja. Porzucić zimny tron surowej codzienności i królować nad złudzeniami. Albowiem tuum est regnum.

piątek, 27 listopada 2009

ja, piłat

Stojąc przed Piłatem, powiedziałeś mu z naiwną prostotą: „Ja się na to narodziłem i na to przyszedłem na świat, aby dać świadectwo prawdzie. Każdy, kto jest z prawdy, słucha mojego głosu”. A on, człowiek ćwiczony w retoryce, dźwigając w sobie gorzkie brzemię nauk, które wyniósł był jeszcze ze szkolnych lekcji filozofii, odparł smutno: „Cóż to jest prawda?”. I ja z nim pytam, bo nie wiem, a tak bardzo jej pragnę. To co miałem do tej pory, czym wymachiwałem i tłukłem po łbach jak cepem przy każdej okazji, w ferworze walki nie szczędząc razów i samemu sobie, to było wypełnianie martwej litery, z której niczego nie zrozumiałem. Czekam na Twoją prawdę. Czekam z lękiem, bo nie wiem, czy ją udźwignę w swoim brudnym sercu.

piątek, 31 lipca 2009

najfeld

z ponurą satysfakcją prezentuję elementarny brak wychowania, arogancję, cynizm i złą wolę pani europosłanki Senyszyn. wszystkim polecam stronę www.mamproces.pl, na której Joanna Najfeld relacjonuje wydarzenia z procesu, jaki wytoczono jej z powodu nieustraszonej krytyki zabijania dzieci nienarodzonych.


czwartek, 25 czerwca 2009

spotkanie

Jak zwykle czekasz na dnie upadku. Z początku trudno Cię rozpoznać, jakoś inaczej zapamiętałem Cię z obrazków, które rozdawała siostra Danuta na pierwszych katechezach. Bez flagi w ręku i aureoli, bez słodziutkiego baranka i amerykańskiego uśmiechu. Stoisz zwyczajnie z rękami w kieszeniach. A co - pytasz, wzruszając ramionami - myślałeś, że nigdy nie siedziałem na sedesie, nie miałem porannego wzwodu, nie patrzyłem na kobiety? Jak inaczej mógłbyś we mnie uwierzyć?
Chwilę milczymy, ja tak trochę z boku, nieco obrażony. W końcu macham ręką. Znów odchodzimy razem w kierunku światła.

wtorek, 2 czerwca 2009

umieranie: ćwiczenia wstępne

W niedzielę usłyszałem w konfesjonale słowo, które wypełniło mnie chłodem. Nie od razu pojąłem jego tępą grozę, zbyt przejęty wyznawaniem mojego słodkiego nieszczęścia. Lecz potem dotarło do mnie aż nadto wyraźnie: obumieranie, tak, powiedział: 'obumieranie'.
A więc dotarłem już niepostrzeżenie, czy też raczej świadomie tego nie dostrzegając, do punktu, w którym mam już tylko dwa wyjścia: upaść lub powstać. W tej dziwnej pozie, w której zastygłem, którą przybrałem, by mamić samego siebie i innych, już dłużej nie wytrzymam. A jeśli jakimś cudem ją utrzymam ani nie powstając, ani nie upadając, stanę się w końcu jak stare, powykręcane drzewo, martwe i bezlistne. A bardziej jeszcze prawdopodobne, że znaczenie wcześniej upadnę. To tylko jeden krok.
Niby wszystko jasne. Ale nieszczęście jest naprawdę słodkie, tak słodkie, że na myśl o wykorzenieniu go wzbiera ślepy bunt, rodzi się krzyk, wycie skłębionej masy emocji, instynktów i uczuć. Wszystko drga, miota się, rwie się w pierwotnym porywie do życia, które nie zna żadnych praw, żadnych zasad, które jest jednym dzikim tchnieniem. A tu nagle trzeba umrzeć. Nie opanować się, nie uspokoić, tylko zwyczajnie umrzeć.
Rozglądam się dokoła w niemym zdziwieniu. To wszystko z Ciebie, dla Ciebie, przez Ciebie, a teraz moje serce ma obumrzeć. Tak jak musi to uczynić Twoje, jeśli nie chcemy już się dręczyć.
Możesz mnie pytać dlaczego, i że jak to właściwie wszystko się stało, i czy nie mogłem zupełnie inaczej. Ale ja sam tego nie rozumiem. Nie ma jednoznacznej odpowiedzi.
Pozwolić miłości w rozkwicie obumrzeć. Może to właśnie jest prawdziwy dowód tejże miłości. I On umarł z miłości, żebyśmy mogli żyć.

piątek, 17 kwietnia 2009

słoneczniki

Udając, że nie patrzę, widzę, że robisz to samo. Odwzajemniam pogodny uśmiech, a znaczy on: gorycz przepełnia już brzegi. Splątany dwugłos wciąż wsącza się w myśli. Pierwszy: "Iluzja, ciemność, odwróć się, patrz w okno - szli za nicością i stali się niczym". A drugi: "Co masz czynić, czyń prędzej".
A była noc.

sobota, 28 marca 2009

strumień

Wyszedłem rano z domu i ociągam się z powrotem. Jadłem obiad, potem lody, potem snułem się po płytach i książkach. Patrzyłem na most. Tam też nie jest dobrze, ale gorycz przynajmniej jest słodsza. A taka była moja mantra:

Zawsze miałem poczucie, że piękno przesycone jest goryczą. Teraz gorycz stała się już nie do zniesienia.

Za swój największy grzech poczytuję sobie poczucie nieszczęścia. Mam dwie ręce, tyleż nóg, dach nad głową i coś do jedzenia, a mimo tego jakoś tego nie mogę docenić. Zaczynam się obawiać, że przekornie i edukacyjnie zostanie mi to odebrane.

Rano pracowałem, a praca ta polegała na aranżacji muzyki i tańca. Dotarło do mnie, chyba po raz pierwszy jasno, że samo granie bez tańca jest połowiczne. Muzyk bez tancerza to tylko pół szaleństwa. Kobiety w tańcu stają się piękniejsze. Te, które i tak są piękne, stają się piękne wprost nie do zniesienia. Patrz początek mantry.

A ta syrenka koło mostu, to podoba mi się głównie z dwóch powodów. I są to dość duże powody.

Zawsze chciałem być idealny. No i doczekałem się.

Rzeka przepływała obok, ale nie chciała porwać moich myśli. Niewierna rzeka.

Wszystko ma swój sens. Tylko jaki?

J'ai toujours su que mes rêves fragiles seraient brisés pour toi.

Przeklinam Platona i całą jego bandę. Niech sami wznoszą się do Absolutu.

sobota, 14 marca 2009

kościół

Zniszczą krzyże, zburzą katedry, rzucą na stos święte obrazy. Wiatr będzie wpadał ze świstem przez puste okna papieskiego pałacu. A Kościół będzie trwał.

piątek, 6 marca 2009

iluzjołamacz

Iluzja. Kiedy przychodzi, czuję wewnętrzne poruszenie, mam ochotę wyjść i iść przed siebie, choć właściwie nigdy nie wiem dokąd miałbym pójść. Iluzja nie przychodzi sama. Towarzyszą jej splątane emocje i zepchnięte w głąb duszy pragnienia. Pojawia się potrzeba muzyki, długich, smutnych dźwięków, tęsknych pejzaży, bezkresnych, mroźnych przestrzeni, zmierzchu i gasnącego widnokręgu. Pojawia się też paradoksalne pragnienie samotności we dwoje, jednoczesnego bycia samotnym i przeżywania tej samotności z kimś innym, gdzieś w nieokreślonym, odległym miejscu. Ten ktoś jest rzecz jasna kimś idealnym, z reguły osobą mi znaną, lecz na tyle słabo, by móc poddać ją idealizacji.
Iluzja jest zapewne jakąś kompensacją wycofania się z codziennych działań. Im mniej życia prawdziwego, tym więcej utajonego. Iluzja wydaje się płodna - czasem, jeśli zupełnie nie obezwładnia, inspiruje do pisania, ale to, co powstaje, jest przesiąknięte aurą tęsknoty i wyraża właściwie smutną bezsilność. Z perspektywy czasu widzę, że z iluzją trzeba raczej walczyć, niż się jej poddawać. Skuteczną metodą jest eksplorowanie swych zainteresowań, spotykanie się z przyjaciółmi, jednym słowem - aktywne życie zewnętrzne.

czwartek, 26 lutego 2009

głód

Głód iluzji jest najtrudniejszy do zniesienia. Nie głód samego ciała czy ciepła, samych włosów i oczu, ale głód ich iluzji właśnie. Niepoznanego piękna i niezaznanej rozkoszy, tych miejsc, w których się nie spotykaliśmy, słów, których nie wypowiedzieliśmy, tej ciszy, która nie była naszym udziałem.

środa, 26 listopada 2008

upadek

Bez względu na liczbę upadków i bez względu na ich skalę, Bóg musi darzyć nas niezmienną miłością. Gdyby było inaczej życie byłoby tylko historią stopniowej degeneracji, coraz głębszego pogrążania się w mroku. Bóg nigdy się nie odwraca. Z pewnością jest w stanie obiektywnie ocenić nasze czyny, ale ocena ta nie wpływa na bezinteresowna miłość, jaką nas darzy. Złych i dobrych, niewinnych i zepsutych, dobroczyńców i zbrodniarzy, wszystkich. Upadek sprawia, że rodzi się chęć ucieczki, odcięcia. Wtedy łatwo powiedzieć: On mnie znienawidził. Ale niewygodna prawda jest taka, że to sam człowiek zaczyna się nienawidzić za swe słabości, których nie potrafi godnie przeżywać. Kiedy upadniesz po raz kolejny, zapytaj się najpierw, co doprowadziło Cię do upadku. Widzisz to? Słyszysz ten głos? On mówi do ciebie.