Pokazywanie postów oznaczonych etykietą obumieranie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą obumieranie. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 22 listopada 2010

na ich odejście

Kiedy przyszedłeś, pojawiłeś się pośród nas jako nieznajomy, zupełnie obcy. Mówili: wskazała go gwiazda, to z niej przyszedł, z niej zstąpił na ziemię. A przecież widzieliśmy cię nagiego w nędzy ciasnej groty, z dwójką wygnańców. Patrzyliśmy pół ciekawie, pół drwiąco. Różna była droga na Olimp, może i ten go dosięgnie, myśleliśmy z niedowierzającym cmokaniem. Słabowite początki: żadnych skradzionych stad, zduszonych węży, kpin z odwiecznego porządku. Niemowlęcy płacz, potem zbyt poważne oczy cichego chłopca. Ten i ów mówił: rodzi się siła. Wzruszaliśmy ramionami – gdzie nam, nimfom i faunom, bóstwom traw, powietrza i wody, a gdzie tobie. Gdzie twoje królestwo. Potem przestałeś milczeć. Słuchaliśmy. Słuchaliśmy ze zdziwieniem, z niezrozumieniem, a w końcu z mieszaniną pogardy i fascynacji. Nowe słowa, tak obce jak ty, tak nieznane jak ty sam. Któż mógłby ich słuchać? A przecież znaleźli się tacy. Znaleźli się i spośród nas. W podmuchu wiatru, w falach morza, wśród kamieni pustyni. Towarzyszyliśmy ci do końca. Obserwowaliśmy z dala. Tak, teraz możemy to powiedzieć: patrzyliśmy z podziwem, choć podziw przyszedł późno. Kto wyciąga swe ręce i daje je przybić, kiedy trawy szepcą: zostań, będziemy cię kołysać, aż wszystko się skończy? Kto mówi: ja jestem, kiedy wszystko upada w mrok. Staliśmy kołem wokół krzyża, wtedy jeszcze, kiedy już wszyscy odeszli. W spadającej ciemności niektórzy zaczęli rozumieć. A gdy wróciłeś, strwożeni pierzchliśmy w głębiny i ostępy. Przecież nikt z dawnych nie wrócił. Wtedy zaczęliśmy odchodzić. Patrzyliśmy jeszcze długo, przez stulecia, z dala jak przedtem, patrzyliśmy smutno: stara pieśń brzmiała coraz ciszej. Nikt z nas nie mógł ostać się w twoim królestwie. Odeszliśmy.

niedziela, 3 października 2010

odchodzimy

odchodzimy pomału, powoli

dzień po dniu

kawałek po kawałku

odchodzimy niespostrzeżenie

naiwnie zapatrzeni w to

czym żyliśmy wczoraj

niedziela, 6 czerwca 2010

świt

godzina szósta
imię nieba - szarość
wędrowne ptaki nad spaloną ziemią

sobota, 17 kwietnia 2010

chaos ex ordine

znaczną część młodości strawiłem na samodoskonaleniu. brak uznania dla własnej słabości, tylko naiwna wiara, że któreś powtórzenie, któreś wyrzeczenie, któraś próba sprawi, ze osiagnę TO, ze przestanę byc słabym sobą. przekonanie mordercze w skutkach. zacisnąć zęby i przeć do przodu. życie psychiczne? uczucia? bohaterowie nie płaczą, nie czują. wolność to uświadomiona konieczność.
mozolnie wznoszony gmach dawno już runął mi na głowę. nie ma samozbawienia, nie łudźcie się. człowiek nie jest w stanie kontrolować nawet własnych myśli. w każdej godzinie w mojej głowie rodzą się idee wzniosłe i myśli zdrajcy, w każdej minucie obrazy piękne i zepsute. zostaje więc gorycz porazki, którą Oskarżyciel wyzyskuje bezbłędnie. uderza mnie precyzyjnie, prosto w piętę. nawet jeśli rozum w końcu zwycięża z burzą emocji wzbudzonych przez jego oskarzenia, zaiste jest to pyrrusowe zwycięstwo. kompletnie wyczerpany osuwam sie na dno odrętwienia. niepomny na nic przegrywam swoje życie. wszystko jest szare i smutne.
teraz coraz więcej z tego rozumiem. cóż z tego.

wtorek, 2 czerwca 2009

umieranie: ćwiczenia wstępne

W niedzielę usłyszałem w konfesjonale słowo, które wypełniło mnie chłodem. Nie od razu pojąłem jego tępą grozę, zbyt przejęty wyznawaniem mojego słodkiego nieszczęścia. Lecz potem dotarło do mnie aż nadto wyraźnie: obumieranie, tak, powiedział: 'obumieranie'.
A więc dotarłem już niepostrzeżenie, czy też raczej świadomie tego nie dostrzegając, do punktu, w którym mam już tylko dwa wyjścia: upaść lub powstać. W tej dziwnej pozie, w której zastygłem, którą przybrałem, by mamić samego siebie i innych, już dłużej nie wytrzymam. A jeśli jakimś cudem ją utrzymam ani nie powstając, ani nie upadając, stanę się w końcu jak stare, powykręcane drzewo, martwe i bezlistne. A bardziej jeszcze prawdopodobne, że znaczenie wcześniej upadnę. To tylko jeden krok.
Niby wszystko jasne. Ale nieszczęście jest naprawdę słodkie, tak słodkie, że na myśl o wykorzenieniu go wzbiera ślepy bunt, rodzi się krzyk, wycie skłębionej masy emocji, instynktów i uczuć. Wszystko drga, miota się, rwie się w pierwotnym porywie do życia, które nie zna żadnych praw, żadnych zasad, które jest jednym dzikim tchnieniem. A tu nagle trzeba umrzeć. Nie opanować się, nie uspokoić, tylko zwyczajnie umrzeć.
Rozglądam się dokoła w niemym zdziwieniu. To wszystko z Ciebie, dla Ciebie, przez Ciebie, a teraz moje serce ma obumrzeć. Tak jak musi to uczynić Twoje, jeśli nie chcemy już się dręczyć.
Możesz mnie pytać dlaczego, i że jak to właściwie wszystko się stało, i czy nie mogłem zupełnie inaczej. Ale ja sam tego nie rozumiem. Nie ma jednoznacznej odpowiedzi.
Pozwolić miłości w rozkwicie obumrzeć. Może to właśnie jest prawdziwy dowód tejże miłości. I On umarł z miłości, żebyśmy mogli żyć.