sobota, 17 kwietnia 2010
chaos ex ordine
piątek, 26 lutego 2010
nigdzie
Moment i miejsce przestawały mieć jakiekolwiek znaczenie. Kontury zacierały się, przedmioty stawały się najpierw siatką prostopadłych i pionowych linii, potem zapadały się w pustkę. Gdzieś w tej nieokreślonej przestrzeni wahadło zegara rozgarniało z wysiłkiem tężejący czas, grzęznąc z chrzęstem w martwiejącej tkance sekund. Wszystko było teraz, czyli nigdy: nie było już żadnych punktów odniesienia.
wtorek, 16 lutego 2010
po drugiej stronie
Wyjście z mroku to dziwne uczucie. Nagle przestaję się czuć jak ostatni władca ginącego imperium, którego zadaniem jest trwać na scenie, póki nie opadnie kurtyna. Wewnętrzny mrok rozpala wyobraźnię, paradoksalnie wszystkie kolory stają się intensywniejsze, emocje przelewają się fala za falą, porywają, ciskają o skały. Ich odmęt pochłania bez reszty.
A po wyjściu jest dziwnie blado. Niby spokojnie, ale jesiennie, bez barw, bez słońca, spokój schnącej trawy. W porównaniu z orgią barw, jaka zalewa myśli w mroku, zewnętrzny świat jest czarno-biały. Dziwnie jest żyć naprawdę.
piątek, 8 stycznia 2010
podróż sentymentalna
Stoimy. Stoimy. Dlaczego tak długo tu stoimy? W końcu jazda; wracam, uprzejmie uciszam eskę, nakazując odbiór słuchawkowy.
Jedziemy. „Trochę wina, trochę wódki i od tego jest malutki.” – wylicza dziewczynka. Czyżby jakieś przeczucie problemów życia dorosłego?
Za oknem przesuwa się szary, brudny pejzaż. Klatka po klatce, błysk po błysku, zachmurzony pas nieba i smutne parabole ptaków. Pomiechówek. Dwoje dzieci naprzeciwko gra w pomidora, w łapki, za oknem stos koksu. „Moja przyrodnia siostra jest z toffi”.
Refleksja. Tu nie ma jak przed nią uciec. Oddalić wątpliwości, nawet paplanie dzieci nie jest wystarczająco rozpraszające. „– Ciocia, powiedz słońce… – Słońce – Masz cycki gorące! – Ooooch, Ola, to żeś ciocię zażyła … ”. Czy było w tym ‘oooch’ trochę zażenowania? Chyba trochę było. Ale zdaje się, że niewiele. Zresztą ‘ciocia’ młodziutka, może i z trzydziestu lat nie mieć, więc całkiem niewykluczone, że cycki w istocie ma gorące i jest z tego dumna.
Ale do rzeczy. Kolejne obrazy, kruszące się perony, które mijamy leniwie, bez zatrzymania. Stosy podkładów, szyn, płyt, jakichś walców. Nasielsk. Od tego momentu powinno być szybciej. Przynajmniej tak było przedtem. Faktycznie teraz szybciej. Ciągle tory, rozjazdy, dziwne maszyny, budynki, walące się budynki, szkielety budynków, ślady po zrujnowanych budynkach.
I wciąż ucieczka. Przecież miała być konfrontacja z myślą, nie z pejzażem. Wraca pytanie sprzed pół godziny. Kto jest w twoim życiu najważniejszy? Jaka osoba? Mogę się wykręcać, patrzeć przez okno, słuchać dzieci, udawać, że robię, że wklepuję do komputera coś niezwykle ważnego, ale odpowiedź zdaje się prosta: Ja, wszystko dla mnie, wszystko przeze mnie, istny omfalos.
Trzy zasady: wszystko kontrolować, dbać o perfekcję zewnętrznego pancerza, nie czuć tego, czego się nie chce. Patrzeć na wszystko tak jak teraz – zza szyby, z bezpiecznego dystansu, bez konfrontacji. Możesz być niezwyciężony, jeśli nie staniesz do żadnej walki. Możesz nie cierpieć, jeśli nie pozwolisz drgać sercu, jeśli odnajdziesz wewnętrzną twierdzę i zatrzaśniesz bramy.
Stworzyłem się na nowo. Człowiek jałowy. Dołączyłem do wydrążonych ludzi. Zapadłem w pusty sen, zrzekłem się życia. Cóż za wielkoduszna abdykacja. Porzucić zimny tron surowej codzienności i królować nad złudzeniami. Albowiem tuum est regnum.
czwartek, 3 grudnia 2009
* * *
Nie było o czym marzyć. W pustych świątyniach tęsknoty echo niosło i zwielokrotniało moje kroki, jakby było nas wielu. Nawet kiedy zamierałem w bezruchu, by przekonać samego siebie, że to tylko złudzenie, kroki wciąż rozbrzmiewały, coraz cichsze i odleglejsze, jakby ktoś oddalał się, niknąc w cieniu naw i krużganków. Wstrzymując oddech wtulałem się w zimną krągłość kolumn i błądziłem bezwiednie palcami po ich gładkiej powierzchni w poszukiwaniu skazy. Świt był jeszcze daleko. Razem z nim czekałem na wołanie dzwonów.
piątek, 27 listopada 2009
ja, piłat
Stojąc przed Piłatem, powiedziałeś mu z naiwną prostotą: „Ja się na to narodziłem i na to przyszedłem na świat, aby dać świadectwo prawdzie. Każdy, kto jest z prawdy, słucha mojego głosu”. A on, człowiek ćwiczony w retoryce, dźwigając w sobie gorzkie brzemię nauk, które wyniósł był jeszcze ze szkolnych lekcji filozofii, odparł smutno: „Cóż to jest prawda?”. I ja z nim pytam, bo nie wiem, a tak bardzo jej pragnę. To co miałem do tej pory, czym wymachiwałem i tłukłem po łbach jak cepem przy każdej okazji, w ferworze walki nie szczędząc razów i samemu sobie, to było wypełnianie martwej litery, z której niczego nie zrozumiałem. Czekam na Twoją prawdę. Czekam z lękiem, bo nie wiem, czy ją udźwignę w swoim brudnym sercu.

